Cierpliwość się skończyła

– Czyś ty do reszty zdurniał matole?! Jak można być takim debilem?! – ordynator wrzeszczał tak, że było go słychać na zewnątrz budynku. 

– Ale… – Sebastian próbował się przebić przez grad oszczerstw.

– Nie ma żadnego „ale” matole! Kto ci kazał podpisać dokumenty, jak mnie nie było?! 

– Ale był telefon od góry, no z biura sekretarza.

– Żaden telefon! Od jakiej góry?! Ja tu jestem górą debilu! Zabieraj rzeczy i wypieprzaj z mojego szpitala! Jesteś skończony! Nawet na wsi zabitej dechami roboty nie dostaniesz przy podcieraniu tyłków! – ordynator zaczął się odgrażać – Już cię nie ma! Wypieprzaj! 

Niemal wszystkie pielęgniarki i reszta personelu, która została tego piątku na dyżurze, pochowała się w dyżurce i świetlicy, żeby tylko nie trafić w sam środek awantury. Sebastian niemal wybiegł z pokoju lekarskiego z wypiekami na twarzy niczym bomba, która za chwilę wybuchnie i zmiecie pół szpitala. Chwycił jedynie za swoją teczkę z dyżurki i pognał na parking. Wsiadł do auta i z piskiem opon ruszył przed siebie. 

Jedna z pielęgniarek po kilku minutach wyjrzała ze świetlicy, chcąc upewnić się, że w drodze do dyżurki nie trafi na szefa. Szybko przemknęła na górę, ale gdy tylko chwyciła za klamkę drzwi, z gabinetu wyłonił się ordynator. 

– Czego tutaj? Już na dół! 

– Ja tylko chciałam… 

– Następna do pyskowania?! 

Ordynator nastroszył się bardziej, zupełnie jakby damski bokser trafił na idealny worek treningowy. Pielęgniarka pognała do toalety na głębi korytarza z nadzieją, że ten nie pójdzie za nią.  Mężczyzna ze wrzącą krwią w żyłach, zaczął przetrząsać dyżurkę w poszukiwaniu teczki Michała. Cześć papierów zrzucił na podłogę, wywrócił stolik z rozłożonymi dawkami leków na noc dla pacjentów. W końcu chwycił za telefon. Wściekły zaczął wybierać numer, myląc się przy tym i trzaskając w aparat słuchawką. Za trzecim razem się udało.

– Halo? Mamy problem! Dlaczego poszło od was zezwolenie?! 

– Nie obchodzi mnie, że sekretarz wydał zgodę! To nie on ustala reguły z PUSz! – lekarz znów podniósł głos – Ten gówniarz tutaj wróci, albo to sekretarz się nie wypłaci. Nie tylko on umie pociągać za sznurki. Niech lepiej pilnuje stołka, bo długo na nim nie zabawi!

Lekarz zamierzał wrzeszczeć, ile się da do słuchawki, ale zdołał przekrzyczeć go ktoś inny. Rozjuszony rzucił słuchawką i wyszedł na korytarz. Krzyki dobiegały z jednej z sal i to wcale nie z tych dla niebezpiecznych pacjentów. W sali tego dnia został Emil. Od rana czuł się osłabiony i wyraźnie nie wyglądał na okaz zdrowia podczas obchodu. Pacjent niemal pół dnia przespał, a wybudziły go wrzaski rozchodzące się po korytarzu i trzaskanie drzwiami. Z początku nie wiedział, co się dzieje, ale im dłużej to wszystko trwało, tym jego napięcie narastało. W końcu po którymś trzaśnięciu drzwiami jak błyskawica przeszyła go myśl, która dręczyła go w dzieciństwie. Kiedy w dzieciństwie zgubił piłkę inne dzieci z osiedla, na którym mieszkał, zaczęły się z nim drażnić, pokazując ich piłkę. Gdy Emil wyciągał ręce po zabawkę, dzieci popychały go i szarpały,  naśmiewając się z niego. To uczucie upokorzenia i dręczenia wróciło wraz z rozchodzącą się po oddziale agresją ordynatora. W końcu mężczyzna nie wytrzymał i zaczął wrzeszczeć i okładać drzwi butem. 

– Zamknij się debilu! – zza drzwi wrzasnął ordynator.

– Sam jesteś debil! Oddaj mi piłkę! 

– Zamknij się! – walnął ręką w drzwi.

Emil nie zastanawiając się, zaczął rzucać wyzwiska, jakie tylko znał w stronę drzwi. Nawet się nie zorientował, kiedy lekarz otworzył drzwi, dysząc jak rozjuszony byk przed atakiem. 

– Zamknij się gnoju, bo sam cię zamknę!

– Oddaj mi piłkę złodzieju!

To był ułamek sekundy. Ordynator ruszył z pięściami do Emila. Mimo że pacjent był niezwykle szczupły i wyglądał na chuderlawego, to gdy tylko zorientował się, że za chwilę czeka go łomot, zamachnął się butem, którym walił w drzwi.  Uderzenie w oczodół było tak niefortunne dla lekarza, że mimo palącej wściekłości poczuł ogromny ból. Kiedy chwycił się zamroczony za twarz, poczuł jak coś galaretowatego, właśnie spływa mu wzdłuż policzka z oczodołu. Próbował otworzyć oko, ale nie był w stanie. Nie widział niczego. Prawym okiem widział część sali, ale nie mógł zorientować się gdzie stoi Emil. Po chwili poczuł kościstą dłoń na potylicy i świat zamarł. Emil chwycił głowę ordynatora i uderzył nią z całej siły o ścianę, pozbawiając lekarza do reszty przytomności. Gdy ten osunął się na ziemię, pacjent znów zaczął krzyczeć w jego stronę, by ten oddał mu piłkę. Kiedy lekarz nie odpowiadał, pacjent zaczął kopać jego głowę tak, jak kopał swoją piłkę na świetlicy.

Pielęgniarka, która schowała się przed ordynatorem w łazience, w końcu się uspokoiła. Nie była pewna, ile czasu spędziła w toalecie. Jednak gdy zorientowała się, że nie słyszy już krzyków lekarza, ani odgłosów demolowania dyżurki odważyła się wyjść. Z początku wyjrzała na korytarz od strony schodów. Było pusto. Zerknęła przez uchylone drzwi dyżurki. Panował tam totalny chaos, ale także nie było nikogo. Co jakiś czas dochodził ją rytmiczny głuchy stukot. Nie było to walenie, ale jakby odbijanie czegoś od stołu lub podłogi. Rozejrzała się, ale nie miała na tyle odwagi, by pójść w głąb korytarza. Zadzwoniła na świetlicę i po dłuższej chwili zjawił się Gerard. 

– Otwierałaś sale? – zapytał.

– Co? Nie dlaczego?

– No jest otwarta tego spod czwórki.

– Bierz klucze i chodź ze mną. Znajdź strzykawkę. Nie wiesz, gdzie Maria dawała relanium? – pielęgniarka próbowała zachować rozsądek w tym całym bałaganie. 

– Dobra, mam. Nabierzesz po drodze. 

Oboje zbliżyli się do sali. To właśnie stąd wydobywał się stłumiony stukot. Pierwszy uchylił drzwi Gerard i stanął jak wryty. Pielęgniarka za nim szybko naciągnęła leku do strzykawki i zajrzała do sali. W momencie wypuściła buteleczkę relanium z dłoni i zaczęła wrzeszczeć. Emil siedział na podłodze z ciałem ordynatora w kałuży krwi. 

– On nie chciał mi oddać piłki. Teraz mam. O widzisz i jeszcze się odbija – uniusł głowę ordynatora chwytając ją w taki sposób, w jaki chwyta się kulę do kręgli, z tą różnicą, że tutaj za otwory na palce robiły oczodoły, w których nie było już dawno oczu.

Za każdym razem kiedy unosił głowę ordynatora i trzaskał nią o podłożę w swojej sali, krew rozbryzgiwała się na Emila, jego łóżko i ściany wkoło. Kawałki mózgu leżały już rozgniecione na podłodze, a każde uderzenie sprawiało, że z rozłupanej czaszki dosłownie wylatywały następne zwoje niczym drobniaki wysypywane ze skarbonki.

Dodaj komentarz